do tych co lubią "YES" i pokrewniaków

Show jednego człowieka w wykonaniu Jona Andersona (rocznik 1944) podobał mi się bardzo,
chociaż nie miał ani tego rozmachu, ani tej ekspresji co Yes'owy koncert w czerwcu 2004 w Kongresowej (BTW - byliśmy w W-wce z niejakim Janem Marią "Poczwarą" i jego wspaniałą małżonką Basieńką. oj się wtedy działo)

Nie mniej jednak zestawienie song'ów zarówno z solowej kariery wokalisty, jak i współpracy z Vangelisem i nagrań Yesowych - bardzo estetyczne, wręcz poetyckie. Przeplatanki solowo-yesowe dawały sposobność do rozpoznawania i aplauzu. Wprawdzie publiczność może w 40% wypełniła salę, ale dla wiernych fanów YES (patrz JA) - muzyczka ekstra, artysta komunikatywny, atmosfera luźniuteńka. Moja kochana Jolusia, też się załapała ze mną na koncert (wiozła mnie po autostradzie do Zabrza lokalnie przekraczając dopuszczalną prędkość (ufff). Jej wrażenia z koncertu: .... chwila ciszy.. "ekstra" (koniec cytatu). Widzicie co robi ten kawałek Yes. Nawet nasza Anka (12) potrafi zanucić składankę: "Soon oh soon ... I get up I get down... Owner of the lonely heart"

No dobra - fotki niżej

Pozdrawiam wszystkich

TaSch

 



  <- a to ja z Jonem ;)

 

  wróć